Archiwum bloga

wtorek, 2 czerwca 2020

Zielone Świątki (Pięćdziesiątnica) w dobie koronawirusa.Stara Gorzelnia w Objeździe


Tegoroczne święto Zesłania Ducha Świętego odbywało się w cieniu pandemii koronawirusa. Mniej rozmawialiśmy o zwyczajach, mniej było radości, zamiast tego uważnie wsłuchiwaliśmy się w codzienne raporty o ilości zakażonych i zmarłych, nowych ogniskach choroby. Wciąż ten sam pułap zachorowań; znawcy z tytułami profesorskimi zafrasowani, ale obostrzenia znikają, z czego, być może niefrasobliwie, korzystaliśmy. Usłyszałam gdzieś zdanie o symbolicznym dniu, o powrocie do wspólnoty modlitwy, otwarciu nowego czasu, kiedy liczba wiernych w kościołach nie podlegała restrykcji - jako działanie Ducha Świętego. No cóż, nie moja rzecz rozstrzygać tę sprawę.
Historia i tradycje Pięćdziesiątnicy sięgają czasów biblijnych. Świętują ją wszystkie religie wyrastające z Biblii. Dla Żydów była i jest nadal uroczystością przypadającą pięćdziesiąt dni po święcie Przaśników i ma charakter święta plonów, podczas którego składa się pierwsze owoce na ofiarę Jahwe.
Dla chrześcijan święto Zesłania Ducha Świętego jest symbolicznym dniem narodzin Kościoła jako wspólnoty wiary.
Luteranie w dniu Zesłania Ducha Świętego na apostołów i Matkę Zbawiciela wspominają zdarzenie opisane w „Dziejach Apostolskich”: „Schronieni w wieczerniku przed prześladowcami otrzymali moc Ducha Świętego, dzięki któremu bez lęku zwiastowali Ewangelię o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa.” Duch Święty zstąpił na zgromadzonych pod postacią języków ognia w dniu Pięćdziesiątnicy, żydowskiego święta Szawuot.
W krajach o tradycji protestanckiej pamięta się wciąż o tym, że są to święta z grupy najważniejszych trzech w roku, dlatego w Niemczech – Pfingsten, w Danii, Holandii i Szwajcarii wolny od pracy jest także poniedziałek.
W Wielkiej Brytanii święto nosi nazwę Whitsunday lub Białej Niedzieli.
W Kościele katolickim liturgicznie święto Zesłania Ducha Świętego, zwane również Pięćdziesiątnicą lub Zielonymi Świętami, zamyka w kalendarzu Kościoła okres Wielkanocy. Od IV w. jako święto Zesłania Ducha Świętego jest obchodzone w niedzielę, siedem tygodni po Wielkanocy, pomiędzy 10 maja i 13 czerwca.
Tradycje i obrzędy święta zależą od regionu. Powszechnie znanym u nas zwyczajem jest majenie domów i kościołów brzozowymi gałązkami i drzewkami.
Dawniej w ludową obrzędowość religijną wplatały się elementy pogańskie - znane z przedchrześcijańskiego święta Stado, co budziło niezadowolenie hierarchów kościelnych.
„Tego dnia po nabożeństwie składano ofiary w postaci chleba, kaszy, słoniny, kiełbasy, sera, masła, jaj, jabłek itp., jako zapłatę dla duchownego i służby kościelnej. Kościoły, chałupy i podwórza ścielono tatarakiem, zwanym też lepiechem, świerczyną i kwiatami. W każde możliwe miejsce – w chałupie, stodole, oborze wtykano również gałązki klonu, jesionu, brzozy, świerka i wierzby. Kobiety zatykały gałązki także na polu, gdzie rósł len, konopie i warzywa”.
W wielu regionach palono ogniska, by dymem okadzić pola, bielono chaty, a wszystkie te czynności miały charakter magiczny.
Na Śląsku Cieszyńskim, w Brennej Leśnicy, przetrwał zwyczaj smażenia „wajeśnicy”, czyli jajecznicy z dwustu* jaj, którą podawano uczestnikom ceremonii na kromce chleba.
Nie zmienia się sens religijny święta, natomiast pod wpływem realiów rezygnujemy z większości dawnych zwyczajów. Pozostaje jednak, przynajmniej w naszej parafii, zwyczaj zdobienia kościołów brzozową zielenią.
Po raz pierwszy od kilku miesięcy nie było ograniczeń, jednak z powodu ostrożności kościół nie wypełnił się „po brzegi”. Część uczestników liturgii pozostała na ławeczkach przed kościołem, i wszyscy pamiętali o maseczkach i tzw. dystansie społecznym. Dzień był piękny, słoneczny, co wróży pomyślność na cały rok i obfite zbiory – tak kiedyś odczytywano zielonoświątkowe znaki. Wierzono również, że podczas liturgii można usłyszeć z podziemnych, zapadłych lub zatopionych kościołów dźwięki dzwonów. Może ktoś je usłyszał, przecież w okolicy Poddąbia ciekawych wabią kamienie - olbrzymy znane jako „zatopione dzwony” z kościoła w Rowach pochłoniętego przez jezioro Gardno.
Splatają się sposoby myślenia - magiczny i realistyczny, ale tak bywa w czasach niepewności, poczucia zagrożenia i bezsilności. Mieliśmy plany, zamierzenia, widoki na „złoty interes”. Niewiele z tego pozostało, mimo starań. Nadmorskie pensjonaty czekają. Z tygodnia na tydzień pojawiają się nowe komunikaty dotyczące organizacji wypoczynku nad morzem. Jak jednak zorganizować „dystans społeczny” na plaży, nadmorskim deptaku, lodziarni wielkości muszelki? Czy goście wystraszeni wciąż obecnym patogenem, pozbawieni pewności finansowej zdecydują się na wczasy? A jeżeli tak, czy do naszych bezpiecznych do tej pory maleńkich miejscowości nie dotrze zaraza?
Spotykam właścicieli pensjonatów z Rowów i Poddąbia. Sadzą kwiaty, wyposażają pensjonaty w dezynfekujące środki higieniczne, wciąż jednak bez pewności, że jest dla kogo, że goście mimo wszystko dotrą. Tymczasem więcej rezygnacji niż rezerwacji – mówi właścicielka pensjonatu z Rowów. Majówka nie należała do udanych. Nowy sezon wczasowy pod znakiem koronawirusa rozpoczyna się nieśmiało. Nadzieja w zielonoświątkowej wróżbie pomyślności.
W październiku ubiegłego roku pątniczka z Berlina zapowiedziała swój powrót z rodziną w czasie tegorocznej Pięćdziesiątnicy. Umówiliśmy wszystko: liczbę gości, zakwaterowanie, program pobytu i…nic z tego. Zamknięte granice i dotykająca każdego z osobna obawa. Umawiamy się na przyszły rok. Świat, nawet zamknięty, stał się mniejszy. Świąteczne pozdrowienia przesyłamy sobie przez fb.
Młodzi mają więcej nadziei, wiary w sens podejmowanych wysiłków. Od kilku miesięcy śledzę los opuszczonej gorzelni w Objeździe. Poznałam nowych właścicieli. Młodzi, piękni, energiczni, pełni wiary, tej co to góry przenosi. Budują swoją przyszłość dosłownie i metaforycznie. Bezskutecznie poszukują pomocy. Gorzelnia nie jest „urzędowym” zabytkiem, zatem ta droga pomocy finansowej odpada. Szukają nowych możliwości, a ja wierzę, że im się uda. We wsi potrzeba zmian, a nadanie dawnej gorzelni nowej funkcji odbieram jako drogę przemiany dawnej wsi pegeerowskiej w nowoczesną, turystyczną ostoję na szlaku między Ustką – Rowami – Gardną. W pobliżu mamy trasy rowerowe, z międzynarodową R10 włącznie i drogę Camino. O wszystko trzeba zadbać, infrastruktura turystyczna powinna rozwijać się symetrycznie do wzrostu miejsc noclegowych. Wszyscy na tym zyskamy, powodzenie zamierzeń pani Ewy i jej męża jest w naszym wspólnym interesie, także władz gminy.
„Czy rzeczywiście koronawirus pokrzyżował nam plany?” – powtarza moje pytanie pani Ewa.
„-W jakiejś części na pewno. Otwierając rok temu galerię sztuki w Ustce liczyliśmy, że kolejne sezony będą coraz lepsze i owocne. A tu nagle trzy miesiące przed sezonem cała Polska stanęła w miejscu. Zdecydowaliśmy się zamknąć galerię. Zbiegło się to z rocznicą kupna gorzelni. A przez ten rok w gorzelni zrobiliśmy naprawdę dużo. I pojawił się nowy pomysł. Objazda - wieś z lokalizacją na szlaku Ustka – Rowy jest idealnym miejscem na nasz pomysł na przeniesienie galerii Szarej Kanapy do Starej Gorzelni. Zamierzamy rozszerzyć działalność, urządzać kulturalne wieczory promujące okolicznych twórców, zrobimy to we współpracy z lokalnym środowiskiem. Mamy nadzieję, że w połowie czerwca będziemy gotowi i będzie można nas odwiedzać w Starej Gorzelni w Objeździe. Tymczasem jesteśmy dostępni wirtualnie.

Stare powiedzenie „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” w naszym przypadku stworzyło nowe możliwości. W ostatni weekend maja zorganizowaliśmy w gorzelni przyjęcie dla rodziny i przyjaciół, by sprawdzić, jak nasz pomysł zadziała. To spotkanie utwierdziło nas o sensie naszych marzeń i dążeń. Takie spotkania będziemy mogli organizować również dla innych” – mówi Ewa Kucharska-Filim
Bardzo się cieszę! Znam wprawdzie powiedzenie o jednej jaskółce, co to wiosny nie czyni, ale żeby coś zmienić, trzeba zrobić pierwszy krok. Życzę powodzenia!
W październiku ubiegłego roku Gabriela z Berlina pierwszy świąteczny wieczór Pfingsten obiecała rodzinie urządzić w gorzelni, dawnym miejscu ich zamieszkania. Ktoś inny miał ważniejszy plan, dla nas wszystkich, i wcale nie pytał o zgodę. Mam jednak nadzieję, że majowe święto Zesłania Ducha Świętego odmieni czas i nasze zwykle sprawy wrócą na właściwe tory. Spotkamy się za rok. 

(Fotki ze Starej Gorzelni w Objeździe użyczone przez właścicielkę.)

piątek, 29 maja 2020

Lektury do powtórki


Tak zwane "zdalne" życie w dobie pandemii pozwala zajrzeć do domów ludzi telewizji. Podczas wywiadów i rozmów najczęściej występują na tle własnych imponujących księgozbiorów. Nic w tym złego, wręcz przeciwnie. Na kilku półkach widziałam pozycję, która swego czasu  wypełniła moje wieczory. Na jej wybór do powtórki wpłynęła również propozycja czytelnicza znanej słupskiej dziennikarki, czyli "Busz po polsku" Ryszarda Kapuścińskiego. Przedstawiam Państwu:
Artur Domosławski: Kapuściński. Non- fiction. Warszawa 2010.
Książka imponująca. Sześćset stron, porządny papier, twarda, trwała oprawa. To książka o Domosławskim, który pisząc biografię -  pozostaje reportażystą. Zachowuje prawo subiektywnej perspektywy przyjmując pierwszoosobową narrację i odsłaniając tajemnice warsztatu: „Teraz gdy przesiaduję w jego domowym archiwum, w bibliotekach i archiwach, gdy jeżdżę jego śladami po Afryce, Ameryce Łacińskiej, a przede wszystkim gdy rozmawiam z przyjaciółmi, znajomymi, ludźmi, którzy byli świadkami różnych epizodów jego życia, odkrywam Kapuścińskiego, jakiego znałem słabo, a często wcale.” Znajomość Domosławskiego z Kapuścińskim trwała dziewięć lat. Potwierdza się powiedzenie o beczce soli, o powierzchowności naszych  bieżących kontaktów, o różnych prawdach zależnych od własnych doświadczeń i konieczności wewnętrznej zgody na przyjęcie różnych punktów widzenia w jej poszukiwaniu. Wierzę w uczciwość autora, który wybierał opowieść między  biografią a świętym obrazkiem, między prawdą a „procesem beatyfikacji”. Powstała barwna, rzetelna, reportażowa opowieść o „reporterze XX wieku”. Czyta się ją wspaniale, dzięki zaletom narracji, zmianom punktów widzenia, przemyślanej kompozycji. Zastanawiał się Domosławski „czy narracyjne wynalazki mistrza przyjdą z odsieczą?” Uczeń godny mistrza. Na nic zarzuty malkontentów, którzy w dyskusjach, wywiadach z autorem przedstawiają pretensje o szczegóły, o sposób prezentacji postaci, o wyrażaną explicite bądź nie ocenę zdarzeń, wreszcie spierają się o prawdę w twórczości Kapuścińskiego. Czytelnik ma prawo do  własnego, indywidualnego odbioru prawdy dzieła wynikającej z konwencji gatunku. Konwencja reportażu zakłada literacką „obudowę” zdarzeń i postaci. Pamiętajmy także, że autor  reportażowo ujętej biografii przez wybór faktów, dobór rozmówców, ba, nawet język narracji opisuje świat z własnej perspektywy. Artur Domosławski (1967) opisał i świat, i bohatera we wzajemnej zależności i dynamicznym napięciu. Dzięki chronologicznemu (w zasadzie) układowi jesteśmy świadkami przemian rzeczywistości i postaw bohatera. Otrzymaliśmy obraz czasu skupiony w losie niezwykłego człowieka, wbrew powszechnej amnezji i politycznej poprawności.
Czas Ryszarda Kapuścińskiego to niemal cały XX wiek, gdy przyjmiemy opowieść o historii rodziny zamieszkałej w Pińsku w ramach zasiedlania Polakami wschodnich rubieży po I wojnie światowej. Świat Pińska pozostanie w wyobraźni autora wielkich reportażowych powieści na zawsze, tak jak zawsze w żywej mowie słychać było charakterystyczną ciepłą intonację właściwą ludziom Kresów. „Książkę o Pińsku lat trzydziestych Kapuściński opowiada przez lata w wywiadach i w gawędach” - pisze Domosławski. Kresowym światem Pińska będzie zdobywał kolejne królowe serca - zdradza szczegół prywatnego życia autor biografii. To ziemia dzieciństwa, idealizowana i tłumacząca późniejszy ogląd świata. Pińsk był „światem harmonii, której Kapuściński pragnął w dorosłym życiu dla Afryki, Ameryki Łacińskiej, wszystkich mieszkańców biednego Południa. […] Czy także składnikiem pisarskiej autokreacji? Mitologizacją, która spajała życiorys „tłumacza kultur”, jakim pragnął, by go widziano u kresu życia?” Pińskie dzieciństwo, pierwsze społeczne doświadczenia znaczone poleską biedą i głodem, mimo że państwo Kapuścińscy należeli - jako nauczyciele - do miasteczkowej elity, przełożą się na późniejsze reportersko - literackie wizje. Inaczej ten czas  ocenia Barbara Wiśniewska, siostra Ryszarda Kapuścińskiego, mieszkająca w Kanadzie. Domosławski przytacza opinię obojga rodzeństwa, puentując: „wspomnienia pińskiej biedy to w jakimś stopniu uprawniony element literackiej autokreacji”. Ale po ukazaniu się „Imperium” pińscy czytelnicy prostowali niektóre zapisane przez Kapuścińskiego fakty. Autor biografii próbuje tłumaczyć swego bohatera „Być może jego pamięć zakodowała te same wydarzenia inaczej niż pamięć jego pińskich recenzentów”. A historyczne źródła, przywołane w książce, pokazują inną prawdę o społecznych i narodowościowych problemach Kresów.
Wojenne doświadczenia rodziny Kapuścińskich między Pińskiem i Sierakowem, Świdrem a Warszawą (1942) znaczą się głodem, ciągłymi zmianami miejsc zamieszkania, różnorakimi zajęciami rodziców. „Rysiek ma wtedy ledwie 12 lat, nie wygląda za tęgo i zostawiają go w spokoju” - wspomina siostra czas powstania warszawskiego i zbliżającego się frontu, kiedy Niemcy do kopania okopów zabierają chłopców od 16. roku życia. Relacje Barbary Wiśniewskiej  Domosławski zestawia z fragmentami „Podróży z Herodotem” i „Ćwiczeń pamięci”. Wojenne doświadczenia znalazły odbicie w późniejszej pracy reportera: „Wojna, rewolucja, niebezpieczne miejsca były mu potrzebne do „życia na granicy”- Domosławski  przytacza opinię Mirosława Ikonowicza, rówieśnika, kolegi z lat studenckich.
Zasada polifoniczności w oglądzie zdarzeń i przedstawianiu sądów nabiera znaczenia w prezentacji bohatera na ekranie „najmroczniejszych lat w powojennej historii Polski”. W roku 1949/1950 Ryszard Kapuściński rozpoczął studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Domosławski przedstawia teczkę studenta Kapuścińskiego,w której został odnotowany telnet poetycki i zaangażowanie ideowe przewodniczącego koła pisarzy ZMP. Studiowali tu przyszli dysydenci: Kuroń, Geremek, ale także Werblan. W 1952 Kapuściński pisze podanie o przyjęcie do PZPR. Publikuje płomienne artykuły w „Sztandarze Młodych”. Młodzieńczy entuzjazm i temperament to wyznaczniki postawy studenta Kapuścińskiego. A na wydziale obronną ręką z partyjnej czystki wyszli Tadeusz Manteuffel i wspominający tamten czas Stefan Kieniewicz. Ewa Wipszycka, kolejny świadek czasu, wysoko ocenia poziom merytoryczny i atmosferę. „Tej atmosfery swobody nie zniszczyło nawet to, że wśród studentów było wielu funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”. Mroczny czas kładzie się dziś wstydem na życiorysach wielu znaczących ludzi. Kapuściński też przemilcza w autobiograficznych wypowiedziach tamte lata. Domosławski próbuje łagodzić ocenę: „Żeby zrozumieć, dlaczego tak wielu młodych, utalentowanych, wrażliwych czuło się „potężniejszymi myślą Stalina”, trzeba poćwiczyć wyobraźnię – zwłaszcza gdy dostąpiło się przywileju późnego urodzenia. Przypominają się słowa Osiatyńskiego - „nie oceniam ludzi, którzy przeżyli wojnę i stalinizm”. Kapuściński reagował nerwowo na próby odsłaniania tego okresu jego biografii. Na ścianie pokoju na  poddaszu przylepił wiersz Wisławy Szymborskiej "Dzieci epoki": „Chcesz czy nie chcesz,/ twoje geny mają przeszłość polityczną,/ skóra odcień polityczny,/oczy aspekt polityczny”. 
Taki był świat w którym żył, w takim świecie wybrał intensywne życie: „Zawsze był typem entuzjasty. Gdy wierzył w socjalizm, był w swej wierze autentyczny, szczerze oddany partii. Gdy się rozczarował, tak samo szczerze fascynował go robotniczy bunt.” Andrzej Krzysztof Wróblewski robi Kapuścińskiemu zdjęcie z przywódcą robotników, Lechem Wałęsą. „Rysiek był Wałęsą zachwycony, na klęczkach. Zakochał się w nim jak nastolatek w pierwszej dziewczynie” Autor biografii bardzo starannie opisuje wewnątrzśrodowiskowe tarcia, podejrzenia, oskarżenia. Nic nie jest proste. Nie poddał się weryfikacji, ale był ostrożny - przywołuje kolejnego narratora, Macieja Iłowieckiego, autor biografii. Na początku 1983 roku za oceanem zdobywa popularność "Cesarz". W ciągu kilku zaledwie lat Kapuściński zyskuje sławę legendarnego korespondenta. „Imperium” i inne dzieła opatrują pełne zachwytu recenzje  zagranicznych gazet. „Miał niezwykły talent zmysłowego odbierania rzeczywistości, potrafił pisać o zapachach, dostrzegać fakturę rzeczy. Był pisarzem zmysłowym, nie intelektualnym, a większość ludzi odbiera świat przede wszystkim zmysłowo.” To nie jedyna ocena pisarstwa Kapuścińskiego. Nie jedyna ocena drogi, którą przeszedł. Autor biografii zadbał o prezentację wielu opinii. „Nie dostał od życia niczego dzięki społecznej pozycji rodziców - prostych nauczycieli. Musiał wykonać nadludzki wysiłek, niesamowitą pracę nad sobą, żeby osiągnąć szczyt, żeby znaleźć się na miejscu, do którego dotarł u kresu życia”. Kiedy w 2006 chory i słaby leciał do Włoch, dowiedział się, że telewizja przygotowała demaskatorski program, którego szczegółów nie znał, bardzo się bał - pisze Artur Domosławski. Wydaje się to zrozumiałe i bardzo ludzkie. Nie tworzył rzeczywistości, żył nią i opisywał. Jak zdać rachunek z tak skomplikowanych czasów i losu? Kiedy odmawia wywiadów, znajomi, między innymi Osiatyński, podejrzewają, że choroba jest ucieczką. „Dlatego gdy naprawdę umarł, nie mogłem w to uwierzyć”. Książka Artura Domosławskiego splata czas i postacie, życie polityczne i osobiste, fascynacje i uwikłania, podróże i choroby - tworząc barwną opowieść o niezwykłym człowieku w trudnych czasach. Znajdziemy w książce opowieść żony Alicji o początkach znajomości i wspólnym życiu: razem, ale obok siebie, anegdotę wyjaśniającą oryginalne imię córki Zojki i późniejsze trudne wzajemne relacje i rozczarowania, fotografie i opinie z różnych punktów widzenia. Nie znajdziemy prostych ocen ani zdarzeń, ani twórczości, ani postaci. Artur Domosławski wykonał ogromną pracę. Jego książka zachęca do sformułowania własnej oceny, obejrzenia zdarzeń, które przetoczyły się i przez nasze życie, czasem zmuszając do przewartościowań. To dobra, rzetelna i odważna książka.